Ciekawość wobec osób, które w jakikolwiek sposób zaistniały w przestrzeni publicznej, rzadko kończy się na samych zainteresowanych. Bardzo szybko sięga dalej – w stronę rodzeństwa, partnerów, przyjaciół, a wreszcie rodziców. Nic więc dziwnego, że w wyszukiwarkach pojawia się fraza „matka Adriana Szymaniaka". Sama obecność tego zapytania mówi sporo o tym, jak dziś funkcjonuje ciekawość innych ludzi. Odpowiedź, jakiej można udzielić, jest jednak mniej oczywista, niż mogłoby się wydawać – i wcale nie dlatego, że ktoś coś ukrywa.
Co faktycznie wynika z wiarygodnych źródeł
Zacznijmy od najważniejszego: w powszechnie dostępnych, wiarygodnych źródłach – prasie, wywiadach, oficjalnych profilach – brak potwierdzonych informacji o tożsamości matki Adriana Szymaniaka. Nie ma opublikowanych wywiadów, w których mówiłaby o sobie, nie ma też oficjalnych wzmianek, które pozwalałyby jednoznacznie stwierdzić, kim jest i czym się zajmuje.
To sytuacja znacznie częstsza, niż mogłoby się wydawać. Internet przyzwyczaił nas do tego, że o każdej osobie da się coś znaleźć. Tymczasem ogromna liczba ludzi – w tym bliscy osób rozpoznawalnych lokalnie albo w wąskich kręgach, na przykład w mediach społecznościowych – po prostu nie ma żadnej reprezentacji w sieci poza ewentualnym prywatnym profilem. A prywatny profil to nie to samo co źródło informacji publicznej.
Jeśli więc ktoś szuka konkretów i zastanawia się, dlaczego trafia jedynie na strony powtarzające to samo zapytanie bez treści, odpowiedź jest prozaiczna: temat po prostu nie został nigdy publicznie opisany. Nie każda wyszukiwana fraza ma za sobą gotowy artykuł.
Dlaczego rodzice tak często pozostają w cieniu
Warto zrozumieć mechanizm, który za tym stoi. Rodzice osób, które same stały się w jakimś stopniu rozpoznawalne, zazwyczaj nie wybierają rozgłosu. To ich dzieci podejmują decyzję o publicznej obecności – zakładają profile, występują, udzielają wywiadów. Matka czy ojciec pozostają przy tym osobami prywatnymi, z pełnym prawem do ochrony swoich danych.
Polskie prawo chroni tu wyraźnie. RODO oraz przepisy o ochronie wizerunku i danych osobowych sprawiają, że nikt nie może bez zgody publikować informacji o prywatnym człowieku, ani tym bardziej łączyć jego danych w sposób, który naruszałby jego prywatność. Redakcje i twórcy internetowi działający etycznie właśnie z tego powodu nie piszą o rodzicach, jeśli ci sami nie zgodzili się na obecność w mediach.
Jest też kwestia zwykłej ludzkiej przyzwoitości. Matka dorosłego człowieka nie staje się automatycznie postacią publiczną tylko dlatego, że ktoś w sieci pyta o nią w wyszukiwarce. Ciekawość to naturalna rzecz, ale ma swoją granicę – i ta granica przebiega tam, gdzie zaczynają się dane osoby prywatnej.
Skąd biorą się „odpowiedzi", których nie powinno być
Tu dochodzimy do zjawiska, które każdy, kto szuka informacji o mało znanych osobach, powinien znać. Strony generujące treści pod popularne zapytania potrafią stworzyć artykuł o dosłownie każdym haśle – nawet takim, na które nie istnieje żadna rzetelna odpowiedź. Teksty te bywają pisane automatycznie lub chałupniczo, a ich zadaniem jest przyciągnięcie kliknięcia, nie przekazanie wiedzy.
Efekt jest charakterystyczny: wpis o tajemniczej matce, kilka ogólników o „bliskiej rodzinie i wsparciu", czasem dorobione szczegóły, które niczemu nie można potwierdzić. Trafiają na pierwszą stronę wyników, bo konkurencja jest mała. Po tygodniu takie „fakty" zaczynają żyć własnym życiem i powracają w kolejnych kopiach.
Dlatego przy tego typu hasłach szczególną ostrożność należy zachować wobec:
- stron, które odpowiadają na każde możliwe zapytanie, niezależnie od tematu,
- tekstów bez podanego autora, daty i źródła informacji,
- portalów powielających nawzajem swoje treści bez żadnego potwierdzenia,
- profili w mediach społecznościowych podszywających się pod rodziny znanych osób.
Fałszywe konta to osobny problem. Podszywanie się pod bliskich rozpoznawalnych ludzi bywa wykorzystywane do wyłudzania zaufania, a czasem pieniędzy. Zasada jest prosta: im mniej dana osoba jest obecna w mediach, tym większe podejrzenie powinien budzić każdy profil, który nagle „odzywa się" w jej imieniu.
Jak szukać, żeby znaleźć coś wartościowego
Jeśli temat naprawdę kogoś interesuje, istnieje kilka rozsądnych kierunków. Po pierwsze, oficjalne kanały samego zainteresowanego – to tam najczęściej pojawiają się jedyny w swoim rodzaju, dobrowolnie udostępnione wzmianki o rodzinie. Wiele osób wspomina o rodzicach wyłącznie wtedy, gdy same tego chcą, i tylko w takim zakresie, w jakim sobie tego życzą.
Po drugie, wartościowe są wywiady i materiały prasowe opublikowane przez rozpoznawalne redakcje. Tam, gdzie treść przechodzi choćby podstawową weryfikację, ryzyko trafienia na zmyślenie jest znacznie mniejsze niż na stronach zbierających kliknięcia od wszystkiego.
Po trzecie, dobrze nastawić się na możliwość, że odpowiedzi po prostu nie ma. Brak informacji o matce Adriana Szymaniaka nie jest zagadką do rozwiązania ani skandalem do odkrycia. W większości przypadków oznacza dokładnie to, co powinien oznaczać: że kobieta ta nie jest osobą publiczną i nikt nie ma prawa ani powodu, by to zmieniać bez jej zgody.
Warto też pamiętać o sytuacji odwrotnej. Jeśli ktoś natrafi w sieci na informacje o prywatnej osobie, które wydają się naruszać jej prywatność – zdjęcia bez zgody, dane adresowe, domysły o życiu osobistym – nie powinien ich dalej rozpowszechniać. W Polsce istnieją realne narzędzia prawne, dzięki którym można żądać usunięcia takich treści, zarówno od administratorów stron, jak i bezpośrednio od publikujących.
Ciekawość i prywatność mogą iść w parze
Na koniec warto postawić sprawę jasno. Pytanie o matkę Adriana Szymaniaka jest zrozumiałe – ludzie od zawsze chcieli wiedzieć więcej o tych, którzy w jakikolwiek sposób zwrócili ich uwagę. Ale odpowiedzialne podejście do takiego pytania wygląda inaczej niż bezrefleksyjne klikanie w podejrzane strony. Polega na odróżnieniu informacji potwierdzonej od zmyślonej, na uszanowaniu granicy między osobą publiczną a jej bliskimi oraz na zaakceptowaniu, że część odpowiedzi po prostu nie istnieje w przestrzeni publicznej.
I to jest zupełnie normalny wynik. Nie każde nazwisko ma swoją encyklopedyczną kartę, nie każdy rodzic chce być rozpoznawalny, a brak danych nie oznacza, że dzieje się coś niejasnego. Znaczy zwykle tylko tyle, że ktoś prowadzi zwyczajne, prywatne życie – i ma do tego pełne prawo, niezależnie od tego, ile osób wpisuje dziś jego imię w wyszukiwarkę.